środa, 19 grudnia 2007

Nie ma mowy o zadyszce.


Czy o tej płycie napisano już wszystko?...


Wydaje mi się że tak. Chciałoby się wiec spytać po co tu jest?

A no po to, że dla autora tego blogspota z miejsca stała się krążkiem tego roku i nie ma to tamto :D Król powrócił...i mam skromna nadzieje że na długo zagości na tronie...


Zacznijmy może od samej metody sprzedaży,która jest zgoła inna od tej, którą znamy z codziennego obcowania z muzyką. Jak wiadomo technika poszła do przodu i powoli przestajemy za nią nadążać. Z tej okazji Radiohead postanowiło zrobić małego psikusa wytwórniom płytowym i nowy album w całości zakupić można było przez internet za ustaloną przez siebie cenę.
Ja ze swojej strony stwierdzam,że wolę jednak staromodny sposób kupowania CD :D tymbardziej że mp3, które otrzymaliśmy najlepszej jakości nie prezentowało, ale punkt za odwagę i nowatorstwo dla panów.
Tracklista wypełniona 10 utworami...kubek kawy, słuchawki,wieczór. Po "Hail To The Thief" obiecywałem sobie że to co usłyszę będzie czymś wielkim,czymś mistycznym.


Zaczeło się...i odrazu lądujemy na glebie. Yorke i jakiś samotny bicik...wchodzi bas i w tym momencie wiedziałem że zawodu nie będzie, że to jest ta płyta na którą czekałem, że Ci goście nie mogli tak po prostu nagrać czegoś słabego. Zadziwiający jest fakt, że w tak łatwy sposób, bez użycia mnóstwa instrumentów, efektów można stworzyć album tak piękny. Im dalej w las, tym bardziej zatapiamy się w stworzoną przez Radiogłowych zupełnie inną przestrzeń.
Po świetnym openerze jakim jest 15 Step otrzymujemy najbardziej drapieżny numer na albumie. Bodysnatchers, który przypomina nieco 2+2=5 z HTTT i jestświadectwem na to że Yorke i spółka potrafią mocniej przyłożyc. Z każdą sekundą napięcie rośnie, aż wreszcie następuje doskonały finał w którym wokalista sprawia wrażenie opętanego...kapitalna sprawa.
Dalej robi się spokojnie, zwolnienie w postaci Nude ze świetnym refrenem podczas którego słuchacz czuje jakby Yorke stał za jego plecami. Weird Fishes/Arpeggi...cóż tu można napisać...sam miód i tyle. Kontyunuacja powala jeszcze bardziej...
Nikt tak pięknie jak Thom nie potrafi śpiewać o miłości i tak jak kiedyś mógłbym się z tym nie zgodzić, tak teraz po wysłuchaniu All I Need jestem tego pewien w stu procentach.
Numer 6 to urocza miniaturka w postaci Faust Arp, niby takie zwyczajne, a jednak urzeka, urzeka i zachęca do kolejnego przesłuchania. Tak jak to ma miejsce w przypadku całego albumu.
Reckoner to mój absolutny faworyt, numer jeden, utwór roku. Hipnotyczny motyw, piękne rozwinięcie...ciężko jest pisać o czymś, czego tak naprawdę nie da się przybliżyć drugiej osobie w żadnen sposób. Bo to co czuje gdy tego słucham jest nie do opisania.
Kolejny numer jednak szybko sprowadza mnie na ziemie i kończy uniesienia. Hm...chyba najsłabsza pozycja w zestawie, mimo że trzyma wysoki poziom to jednak jakoś średnio pasuje po Reckonerze, ale to tylko moja osobiste zdanie.
Za to potem, już prawie na końcu, mamy kolejny doskonały utwór. Jigsaw...to świetny materiał na singiel i do przytupu i do mruczenia, sama radość :D A gdy wchodzi gitara w mniej więcej połowie utworu....magia :)
Na zakończenie Videotape. Niby nic nadzwyczajnego, tylko Yorke i fortepian...ehh jak to łapie za serducho.... Gdyby tylko nie ten bit, który się w dalszej części pojawia. Żałuję że nie zrobiono zakończenia 2 minutowego.

Podsumowując
Doskonały album, kompletny, wszystko przemyślane i na swoim miejscu. Kto nie słuchał, niech żałuje i czym prędzej nadrobi. Kto nie lubi, pewnie i ta płyta go nie przekona. Warto było czekać, oj warto...

poniedziałek, 17 grudnia 2007

Cire - Andrenological

Postanowiłem sobie że w miarę możliwości co wieczór będę wrzucał jakieś ciekawe, szeroko nieznane albumy, które wydają mi się interesujące i zrobiły na mnie niezłe wrażenie. Na dobry początek padło na zespół Cire, szczerze mówiąc niewiele o nich wiem gdyż praktycznie ciężko o nich cokolwiek znaleźć. Płyta w moje łapy wpadła przypadkowo i narobiła sporo zamieszania na playliście . Takie powiedzmy 7/10. Panowie grają mały miks Toola, Riverside...bardzo sympatyczne kompozycje, świetne aranżacje,dobry wokal. Czego chcieć więcej?

Cire Andrenological













http://www.zshare.net/download/4979093d9f412e/

Co by czasu nie tracić...


Noo...jako że mam dzisiaj wyjątkową ochotę żeby trochę popisąć to przypomnę ubiegłotygodniowy koncert łodzkiej Comy w Rzeszowie :) bo muszę szczerze przyznać, że dawno się tak dobrze nie bawiłem.

Jak wiadomo Coma ma już u nas status zespołu conajmniej wielbionego(jeśli nie kultowego),jest to hm...obok świetniej, aczkolwiek prostej muzyki swego rodzaju zjawisko? Dawno nie pamiętam tak spektakularnego wybuchu popularności polskiego zespołu rockowego. Nie wiem czyja to zasługa, w każdym razie jestem pod dużym wrażeniem :) ale wracając do koncertu...


Jako rodowity mielczanim miałem drobne obawy przed wyjazdem do Rzeszowa na koncert z wiadomych powodów :D wyjątkowo ruchliwi kibice Resovii nie raz przy moich wycieczkach po rzeszowskiej ziemi dawali znać o sobie. Na szczęście tym razem obyło się bez większych problemów natury fizycznej...były jednak problemy z topografią. Katastrofalne umieszczenie klubu "Pod Palmą" względem rynku sprawiło że musiałem zapie**** dobre pół godziny piechotą by tam dotrzeć. Po cudownym spacerze moim oczom ukazał się stosunkowo niewielki klub. Mimo że byłem spóźniony dobre 15 minut drzwi...tak drzwi, nie żadna brama...tylko maleńkie pieprzone drzwi klubu były nadal zamknięte. Ludzie zaczeli się gromadzić tworząc spore stado około godziny 18 30. Narastało wszechobecne delikatnie mówiąć zdenerwowanie,tudzież zażenowanie spowodowane nadal zamkniętym lokalem. W końcu Pan ochroniarz zaczął wpuszczać pojedyńcze jednostki do środka. Wkur***nie osiągneło apogeum...fale,okrzyki,gwizdy, przepychanki...sama radość można rzec.
Po około godzinie stania w piekielnym ścisku wdarłem się do klubu.
Żenua....tak mogłem podsumować początek, jeszcze scena pusta, ja w klubie, a już miałem ochote wracać po tym co przeżyłem przed wejściem.
Jestem w klubie...od dymu idzie się popłakać, nie czekając na Normalsów (supportujących Come) postanowiłem zanurzyć morde w piwie. Po dwóch kolejnych ujrzałem w oddali pana śpiewającego cholernie irytującą manierą. Generalnie wszystko było ok, znaczy się muzyka, póki pan wokalista nie zaczął otwierać aparatu gębowego. Jako że zaczeli solidnie ładować wybrałem się pod scenę i ku mojemu zdziwieniu publiczność rzeszowska bawiła się wybornie :) przynam bez bicia że przy tym: http://youtube.com/watch?v=aMWl6CFpx68 również bawiłem się doskonale :) Przepraszam za jakość, ale liczy się przekaz i emocje xD
Wszystko fajnie,fajnie ale po około 10 kawałkach zagranych przez Normalsów powoli zacząłem się niecieprliwić i wypatrywać czujnym okiem głównej gwiazdy wieczoru. Około godziny 21 grad braw zakończył występ rozgrzewacza. Z opinii, które usłyszałem co poniektórzy uważają że to oni byli tego wieczora główną atrakcją, ja osobiście mam zgoła odmienne zdanie :)
Coma przy asyscie kilku facetów z jakieś białej masy, oraz gościa z latarą na łbie i z napisem" Koniec jest bliski" wyszła przy akompaniamencie rozradowanej do granic możliwości publiki zgromadzonej pod sceną. Rozpoczeli od kawałka, którego kompletnie nie lubię czyli Turn Back The River. Nadwrażliwe audytorium rzeszowskie nie pozwalało spokojnie ustać więc nawet jakbym chciał polubić ten że numer to kilku spoconych i wyraźnie zgrzanych chopków skutecznie mi to uniemożliwiło. Dalej były Leszki, Zbyszki i Spadanie...
Nie będę opisywał poszczególnych utworów,bo raz że czas zaczął pomału naglić, a dwa, bo to kompletnie mija się z celem. W każdym razie cały koncert był jak jeden mocny strzał prosto w twarz. Joozek zabrzmiał w Rzeszowie nadwyraz potężnie, podobnie jak premierowy numer Chylina. Było i lirycznie i czadowo. Wszystko doskonale wyśrodkowane. Świetnie zgrane i po prostu widać że ten zespół ma klasę. Może jest odrobinkę mniej magii, która kiedyś towarzyszyła ich klubowym kocertom. Gdzieś brakuje miejsca na fałsze, zgrzyty, które kiedyś się zdarzały. Wszystko zagrane i zaśpiewane perfekcyjnie. To ostanie szczególnie mnie dziwi, bo Rogucki ostatnio forsuje swój głos potwornie często.
Podsumowując, było pięknie po prostu. Pomijając trudy z dotarciem,problemy z wejściem..
Oby więcej takich zespołów, oby więcej takiej muzyki bo jak widać da się, można jakoś ruszyć ten skansen polskiej muzyki rockowej i dodać odrobiny świeżości...oby więcej takich koncertów na rzeszowskiej ziemi, a kibice Resovii przestaną mi nawet być straszni...:)
Jest kilka klipów z koncertu na tubie także jakby kto chętny to zapraszam, a tutaj kilka zdjęć