niedziela, 27 stycznia 2008

Bloc Party - A Weekend In The City


Nie jestem homofobem, nie należę do żadnego ugrupowania poniżającego osobników innej orientacji, ale jeżeli liderem rockowej grupy jest gej i do tego (o ironio!) murzyn, to zapowiada się przednia zabawa. Wiem jedno, Kele Okereke, mózg Bloc Party łatwego życia w Polsce by nie miał. Na szczęście zespół zagościł u nas tylko na ubiegłorocznym festiwalu Heineken. Opinie dotyczące koncertu były podzielone. Moim zdaniem dali rade, chociaż Kele śpiewał tak, jakby jego noc w hotelu dzień wcześniej była wyjątkowo aktywna...dla pewności więc, podczas koncertu stanąłem gdzieś z tyłu, co by nie być w zasięgu wzroku Kelego z wiadomych przyczyn.


Eh...obiecałem sobie że nie będę się czepiał tego że wokalista jest jakby to powiedzieć...z innej gliny ulepiony, ale jak widać nie udało się, za co przepraszam. Chociaż skoro liderką The Gossip może być puszysta lesbijka rozbierająca się w magazynach dla panów, a frontmanem jednej z największych grup metalowych łysy gej, to czemu nie "ciepły" Kele stojący na czele Bloc Party?


Dobra, koniec z roztrząsaniem kwestii orientacji Pana Okereke. Zajmijmy się samą muzyką, jakże nudne zajęcie skoro można roztrząsać prywatne życie wokalisty, nieprawdaż?


Bloc Party są sprawcami ogromnego zamieszania jakie wywołał ich debiutancki album z 2005 roku. Pełen doskonałych melodii, łatwych do zapamiętania refrenów i po prostu typowych parkietowych "hiciorów". Z miejsca stali się ulubieńcami Indie-niezal-brytyskiej-nieszczęśliwej publiczności. A teksty? Oczywiście opowiadały o tym jak Kelemu się ciężko żyje, gdy musi zmagać się z kłodami rzucanymi pod nogi gejom. No cóż...takie życie.


Nowy album miał pokazać czy angielska grupa to gwiazdki jednego indie sezonu, czy zespół z prawdziwego zdarzenia. Czy można nagrać coś lepszego, lub przynajmniej równie dobrego jak debiut? Można i Bloc Party na albumie A Weekend In The City tego dokonali...

Gdzieś po drodze zgubili punkową energię, szaleństwo, ale zyskali za to o wiele więcej. Zmieniona stylistyka wyszła kapeli na dobre. To już nie są zwykłe piosenki na parkiet. To coś zdecydowanie większego. Kompozycje są przemyślane i odrazu zapadają w pamięć. Mamy tu więcej elektroniki gustownie wzbogaconej świetnymi zagrywkami gitarzysty. Już otwierający album "Song For Clay" to numer wprost doskonały. Napięcie wzrastające z sekundy na sekundę nie pozwala słuchaczowi usiedzieć w miejscu. Fantastycznie sprawdzający się na koncertach.

"The Prayer" z kapitalną rytmiką i pięknym refrenem jest jednym z najlepszych singli ubiegłego roku. Tak można wymieniać w nieskończoność, bo na A Weekend In The City słabych numerów nie uświadczysz. To piękna podróż po Londynie, często przygnębiającym, w którym Kele jest ogarnięty pustką. Opowiadający już nie tylko o swojej orientacji, ale także o alienacji zwykłego człowieka w dużej metropolii, o atakującej nas z każdej strony nudzie, za którą idą narkotyki. O wielu ważnych sprawach, które Okereke potrafi świetnie wychwycić i napisać o tym przejmujący tekst.



Bloc Party poradziło sobie z ogromną odpowiedzialnością jaka spoczywała na ich barkach. Spełnili oczekiwania znacznej części swoich fanów, może nie wszystkich, bo przecież niektórzy oczekiwali Silent Alarm nr 2. Nie poszli po najmniejszej linii oporu, zmieniając stylistykę nagrali album wyśmienity. W końcu jeżeli I Still Remember dostrzegła polska sieć telefonów komórkowych wykorzystując ten utwór w swojej reklamie, to coś ta płyta musi w sobie mieć.


Foo Fighters - Echoes, Silence, Patience And Grace


Gdyby Dave Grohl wspólnie z kolegami wypełnił cały nowy album komopozycjami pokroju "The Pretender" to gwarantuje że w każdej recenzji otrzymywałby notę 10/10. No właśnie, gdyby...przysłowiowa babka nigdy wąsów nie miała, a Grohl nie pakuje na album samych Pretenderów.


Lubię tego gościa, za jego poczucie humoru, za prześmiewcze teledyski, za działalność w Nirvanie. Za nowy album nie polubię go ani odrobinę więcej, co nie znaczy wcale że ta płyta jest zła.
To po prostu kolejny rzemieślniczy wyrób sygnowany nazwą Foo Fighters. Od takich ludzi jak Grohl oczekujemy jednak czegoś więcej, czegoś...czego tutaj nie uświadczymy.

Zaczynamy od prawdziwego pocisku. Wspomniany już w pierwszej linijce "The Pretender" to rockowy hymn z prawdziwego zdarzenia. Idealnie nadający się na stadiony. Drapieżny, zadziorny z kapitalnym refrenem. Singiel się kończy a my przechodzimy gładko do numeru "Let It Die" z bardzo ciekawą ścianą gitar atakującą słuchacza mniej więcej w połowie utworu.
Przy pierwszym odsłuchu wiedziałem, że chcę aby tak właśnie grało Foo Fighters!
Bardzo szybko zachwyt przerodził się w potworną złość gdy usłyszałem niezwykłego gniota zatytułowanego "Eraise/Replace". Zaczynało robić się nerwowo...kawałki w rodzaju "Long Road To Ruin" czy "Cheers Up Boys "idealnie nadają się na soundtrack do komedii w rodzaju American Pie co zaletą absolutnie nie jest.
W połowie albumu sytuację ratuje "Come Alive". Stopniowo rozwijająca się kompozycja, rozpoczęta gitarą akustyczną, a wieńczona mocnym finałem pełnym patosu.
Równie ciekawie wypada tym razem w pełni akustyczny utwór "The Ballad Of The Beaconsfield
Miners" poświęcony górnikom pewnej amerykańskiej kopalni. Ostatnią rzeczą która zwraca uwagę na tym krążku jest zamykający całość "Home". Delikatna ballada z przejmującym głosem Grohla, przy akompaniamencie fortepianu. Bardzo zgrabna rzecz.


Podsumowując, nawet dla kilku utworów warto się zaopatrzyć w to wydawnictwo. Z sympatii do lidera na pewno. Jednak jeśli oczekujemy dzieła, które będziemy wspominać za kilkanaście lat to zdecydowanie odradzam. Zresztą czy Foo Fighters kiedyś nagrało taką płytę? Nie i na razie na to się nie zanosi.

sobota, 26 stycznia 2008

Static-X - Cannibal


Muzycy zwykli mawiać że swoje płyty traktują jak dzieci. Jako wynik niezwykłej pracy i ogromnego nakładu sił. W wywiadzie dla pewnej muzcznej stacji Damon Albarn porównał dziennikarzy obrażających jego twórcze dokonania do typowej amerykańskiej,grubej mamuśki, która widząc spacerującego po parku ojca z synem, zaczyna obrażać latorośl. Połączenie o tyle dziwne, co wybitnie trafne. Tak więc dzisiaj postanowiłem wcielić się w postać grubej mamuśki.

Rola obrażonej latorośli przypadnie albumowi Static X, który nosi doskonale oddający powagę sytuacji tytuł, Cannibal.


Powiedzmy sobie odrazu i bez zbędnych wstępów że amerykanie nigdy nie należeli do pierwszej ligi rockowego grania. Syntetyczne brzmienie połączone z monotonnymi zagrywkami gitarowymi,wzbogacone dodatkowo śpiewem Wayne'a Statica to dla mnie zdecydowanie za dużo. Chociaż kiedyś dało się tego przynajmniej słuchać, bo Static-X nie nagrał samych beznadziejnych płyt. Najlepsza moim zdaniem była wydana w 2005 Start A War, choć i wcześniejsze dzieła przy drobnej ilości substancji wskazujących u słuchacza, nawet się broniły. Niestety nie można tego powiedzieć o Cannibal.

Odpalamy pierwszy numer i cyrk się rozpoczyna. Opętańczy krzyk Wayne'a i melodyjka niczym z chińskiego baru gdzie specjalnością jest suszi. Hm...skoro dobrej muzyki tu nie zaznam to przynajmniej się pośmieję. Dalej jest jeszcze gorzej. Kompletnie od czapy techno wstawki i do bólu przewidywalne motywy wałkowane przez gitarzystów. Album tak potwornie nuży i denerwuje że przesłuchanie go w całości około 30 razy było dla mnie istną katorgą. Utwory są podobne do siebie, więc zapamiętanie choćby jednego refrenu graniczy z cudem. W mojej głowie została tylko melodyjka z chińskiego baru oraz pierwsze 40 sekund Goat, które są całkiem przyzwoite. Może jeszcze Destroyer od biedy można posłuchać. Akurat wybór singla im się udał, mimo że kompozycja strasznie przypomina numer Prodigy Razor, ale to już inna kwestia.


W zasadzie to inne zalety ciężko wskazać. Nawet okładka płyty jest tragiczna. Steven Gilmore stworzył takiego potworka, że już nigdy nie powinien brać się za tego typu rzeczy.


Dla kogo jest więc ta płyta? Dla fanów z pewnością, choć i oni powinni czuć się zawiedzeni. No dobra, dla fanatyków, którzy wchłaniają każdy wynalazek pod nazwą Static-X. Jeśli koniecznie chcecie poznać twórczość amerykanów to sięgnijcie po wcześniejsze płyty, a tę omijajcie szerokim łukiem. Na koniec jeszcze drobna uwaga od grubej mamuśki. Wayne zrób coś do cholery z tymi włosami...

czwartek, 24 stycznia 2008

Serj Tankian - Elect The Death


Gdy po wydaniu albumu Hypnotize System of a Down zawiesił działalność wielu fanów było w najdelikatniej mówiąc szoku. To ogromne zaskoczenie, ponieważ zespół był w szczytowej formie i mimo że ostatnie dzieło nie dorównywało kultowej już płycie Toxicity to jednak była to solidna mieszanka ciekawej muzyki podanej w rockowym sosie. SOAD wypracował swój łatwo rozpoznawalny styl, więc trudno było uniknąć nawiązań do tej kapeli wokaliście, który postanowił spróbować swoich sił w solowym projekcie. Nie jest to jednak debiut Tankiana, ponieważ ma on już na koncie współpracę z Arto Tuncboyaciyanem, którego wynikiem jest płyta Serart.
Wtedy eksperyment się udał, porównań uniknięto, bo i płyta nijak miała się do tego co System tworzył. Tym razem jest inaczej.

Już przy pierwszych odsłuchach można wyczuć że przy tworzeniu albumu maczał palce ktoś z pierwotnej formacji Serj'a. Nie inaczej. Maczającym paluchy jest pekrusista John Dolmayan. Domyślam się że miał on znikomy wpływ na ostateczny kształt materiału jednak sama jego obecność daje mocno do myślenia. Dzięki temu zabiegowi pojawiło się pytanie. Po jakiego wała Serj tworzy materiał, który spokojnie może znaleźć się na następnej płycie SOAD? A no po takiego, że samodzielny Tankian smakuje zdecydowanie lepiej niż ostatnie wynalazki całej czwórki.
Album jest totalnie odjechany,pełen barw, a odrazu rozpoznawalna tankianowa barwa głosu prowadzi do tego, że od początku wiemy z jakim materiałem mamy doczynienia.
Pełnym doskonałych melodii, świetnie brzmiących i łatwo wpadających w ucho refrenów ( Empty Walls,Saving Us,Sky Is Over) kapitalnych wręcz aranżacji z wykorzystaniem ferii instrumentów. Akustyczne gitary, skrzypce czy nawet fortepian(na którym zresztą gra sam Tankian) są tutaj na porządku dziennym sprawiając że jest to jeden z elementów odróżniających solową działaność Serja od Soadowej twórczości.

Nadal jednak dominują tutaj solidne partie gitarowego grania abyśmy nie zapominali gdzie tak naprawdę jesteśmy i w połączeniu ze świetnie budowanym napięciem dają wynik w postaci Feed Us czy wcześniej wspomnianego Saving Us. Serj potrafi również przygotować kompozycje niezwykłą, zatopioną w narkotycznych dźwiękach, podlaną odrobiną transu o którą ja osobiście go nie podejrzewałem. Praise The Lord And Pass The Amunation to absolutny highlight tego albumu.

Niestety nie omineły nas również mielizny, a raczej mielizna kryjąca się pod tytułem Baby.
Do bólu przewidywalny, z ograną partią gitarową i tragicznym refrenym.

Baby jednak nie psuje ogólnego świetnego wrażenia jakie wywołuje ta płyta. Jeśli Serj Tankian ma zamiar nagrywać dalej takie krążki, to ja naprawdę nie potrzebuję reaktywacji SOAD. W pojedynku Tankian - Malakian 1:0. Czekamy na solową odpowiedź gitarzysty Systemu.

The Mars Volta - The Bedlam In Goliath




Nie mogłem, no nie mogłem wytrzymać do premiery. :D Narazie na chłodno, mało przemyślanie kilka słow i pierwsze wrażenie po kilkunastokrotnym wysłuchaniu nowego materiału.
Parę dni przed internetowym wyciekiem trafiła do nas króciutka próbka 3 utworów. Przyznam szczerze że oprócz Wax Simulacry, która przypomina nieco dokonania świetnego At the Drive-In nic specjalnie nie wzbudziło mojej uwagi. Próbkę wywaliłem i czekałem na cały longplay.
Stało się, płyta wyciekła, a ja jeszcze tego samego wieczoru mogłem rozkoszować się całością.
Na otwarcie potężna dawka czadu w postaci utworu Abernikula. Nie ma litości :) Odrazu moją uwagę zwróciła kapitalna gra perkusity, galopady jakie urządza w dalszej części albumu są wprost niebywałe.
Kolejne kompozycje nieustannie podwyższają poziom. Czasem ma się wrażenie że pomysły panów z MV nigdy się nie kończą, że ich gra jest niczym nie ograniczona. Do każdego utworu starają się naładować tyle dodatków ile tylko można, co wcale nie powoduje że cokolwiek brzmi źle.
Nareszcie zrezygnowano z bezsensownych kakofonicznych eksperymentów co przyprawiało mnie osobiście o zawrót głowy i zdecydowaną niechęć do albumu np. Scabdates gdzie było tego o wiele za dużo. Tradycyjnie jednak nie brakuje smaczków w postaci zgrzytów, pojękiwań itp. Nie wpływa to tak znacząco na odbiór całości, więc przeciętnego słuchacza nie odstraszy.
Można zaryzykować nawet, że jest to najbardziej przystępna pozycja w dyskografii muzyków. Świetne melodie i co niebywałe! Refreny! jeśli można je tak nazwać, które nie potrafią wyjść z głowy. To by było narazie na tyle :) Potężniejsza recenzja pojawi się przy jakiejś setce odsłuchań bo wraz z kolejnymi album nabiera zupełnie nowych barw i odkrywa przed nami zupełnie nowe obszary.
Byle do premiery :)

Najlepsze płyty roku 2007

Jako że rok 2007 już dosyć dawno dobiegł końca, po drobnych przemyśleniach i ostatnich przesłuchaniach najważniejszych wg. mnie płyt postanowiłem urządzić małe podsumowanko :) Prezentuje się ono następująco:

30. Dillinger Escape Plan - Ire Works
29. The Good, The Bad and The Queen
28. Biffy Clyro - Puzzle
27. Puscifer - V Is For Vagina
26. Beastie Boys - The Mix Up
25. !!! - Myth Takes
24. Porcupine Tree - Fear of a Blank Planet
23. Beirut - The Flying Club Cup
22. Of Montreal - Hissing Fauna, Are You The Destroyer?
21. Maximo Park - Our Earthly Pleasures


20. Quidam - Alone Together
19. Bjork - Volta
18. Clap Your Hands Say Yeah - Shout Loud Thunder
17. Klaxons - Myths of The Near Future
16. Interpol - Our Love To Admire
15. Editors - An End Has A Start
14. Nine Inch Nails - Year Zero
13. Riverside - Rapid Eye Movement
12. Korn - Untitled
11. Queens Of The Stone Age - Era Vulgaris


10. Bloc Party - A Weekend In The City
9. Serj Tankian - Elect To Death
8. LCD Soundsystem – Sound Of Silver
7. Burial – Untrue
6. Kings of Leon - Because Of The Times
5. Ulver - Shadows of The Sun
4. Battles - Mirrored
3. Arcade Fire - Neon Bible
2. Modest Mouse - We Were Dead Before The Ship Sank
1. Radiohead - In Rainbows


Uff udało mi się z tym jakoś uporać. Przyszła teraz pora na małe uzasadnienie wyborów.
Ogólnie można powiedzieć że 2007 rok był solidną porcją dobrej muzyki. Kilka świetnych powrotów (Korn,Bjork) bardzo dobre debiuty (Klaxons,Battles) oraz solowe poczynania muzyków ze znanych zespołów (Puscifer,Serj Tankian) ten ostatni szczególnie mi zaimponował wydając świetny album z bardzo dobrymi chwytliwymi piosenkami, które jednak nie zatraciły ducha jego macierzystej formacji.
Aboslutnym zaskoczeniem była dla mnie płyta Kings Of Leon. Kapela po której niczego dobrego się już nie spodziewałem wydaje album wprost fenomenalny, który z miejsca stał się jednym z moich ulubionych. Podobna historia wiąże się z Maximo Park tylko wynik w zestawieniu nieco inny.
Nie mogę ominąć kwestii dwóch zespołów...rzecz jasna spuścizny po nieodżałowanym
Joy Division. Postanowiłem być w tej sprawie bezstronny i umieścić Editors oraz Interpol obok siebie, gdyż są to płyty moim zdaniem na równie niezłym poziomie.
Trochę szkoda Nine Inch Nails. Spodziewałem się znacznie więcej po Reznorze. Po początkowym uwielbieniu albumu Year Zero przyszła pora na zdecydowaną niechęć. Wynikiem tego jest miejsce 14 w podsumowaniu.
Kolejnym pozytwynym zaskoczeniem jest dla mnie płyta Modest Mouse. Absolutny fenomen! Coś pięknego. Knajpiany klimat, świetny śpiew Brock'a i refreny, które nie potrafią wyjść z głowy przez długi czas. Krążek genialny.
Miejsce pierwsze, komentarz zbędny. Nerwy były że coś pójdzie nie tak, że słabo, że już nie to co kiedyś. Rozpoczyna się "15 Step" i jesteśmy spokojni...Radiogłowi znowu dali rade, znowu pokazali jak daleko są za resztą zespołów. Bezkonkurencyjni...