Pięciu wściekłych facetów z których na chwilę obecną została tylko dwójka...Czy w takim składzie wyobrażałem sobie środowy koncert Korna?
Zdecydowanie nie.W dodatku słuchając wynalazków w rodzaju "Mtv Unplugged" miałem wrażenie że legenda numetalowego grania sięga dna. Dopiero ostatni, niezatytułowany album dawał nadzieję, że to jeszcze nie jest koniec.
Z takimi też nadziejami udałem się do Warszawy...
Dotarcie do stolicy większego problemu nie sprawiło. Jednak Torwar, to była prawdziwa szkoła przetrwania. Dzięki ogromnej "życzliwości" Warszawiaków, krążyliśmy niemal godzinę po mieście. Wreszcie około 16:00 zjawiliśmy się pod halą. Tłumów nie było, grupa może z pięciuset ludzi wyczekiwała otwarcia bram. Wśród nich: mocna brygada Polaków, podpici Czesi, rozśpiewani Litwini i kilku smutnych Anglików.
Napięcie narastało, a fanów Korna przybywało. Wreszcie, punktualnie o godzinie 18:00 bramy Torwaru zostały otwarte.Ochroniarze skrupulatnie sprawdzali każdą część garderoby uczestników imprezy. Dzięki temu, kilku nadpobudliwych osobników zostało już na starcie odesłanych do domu. Mnie te przyjemności ominęły, więc czym prędzej udałem się do szatni. A tam niemiła niespodzianka, beznadziejna obsługa, 2 zł za wieszaczek i do tego ograniczona ilość miejsc. Dowiedziałem się że dla części osób, po prostu zabrakło wieszaczków. Nieładnie organizatorzy, nieładnie...
O godzinie 18:30 znalazłem się na płycie Torwaru. Szybki rzut oka na puste sektory, miejsca vipowskie, oraz wyjątkowo ubogą scenę. Wtedy pojawiły się pierwsze obawy że będzie kiepsko.
Jako pierwszy na scenie pojawił się zespół Deathstars. Przyznam szczerze że tak fatalnego występu nie widziałem dawno. Może to dlatego, że stylistyka zupełnie mi obca. Nie zmienia jednak to faktu, że otrzymaliśmy show na poziomie żenady. Elektroniczne wstawki z playbacku, gorzej niż złe nagłośnienie, problemy techniczne, tragiczny wygląd członków zespołu, toporne melodie, okropny śpiew wokalisty. To wszystko sprawiło że na mojej twarzy już po dwóch utworach pojawił się uśmiech politowania. Sytuację ratował jedynie kawałek "Blitzkrieg". W którym to nawet ja krzyknąłem w refrenie "boom" :D Deathstars opuściło scenę około godziny 19:30 żegnany umiarkowanym entuzjazmem publiczności.
Następny w kolejce był Flyleaf i tu oczekiwałem zdecydowanie lepszej muzyki, niezłego show i przede wszystkim wokalistki. Uroczej Lacey Mosley. Pod sceną robiło się coraz tłoczniej. Techniczni uwijali się jak mogli w przygotowywaniu sceny. Ustawiono sporej wielkości podest z prawej strony, na którym jak się później okazało, szalał gitarzysta zespołu.Flyleaf pojawił się na scenie kilka minut po 20:00 witany burzą oklasków.
Niestety, kolejny zawód. Utwory łudząco podobne do siebie. Zero napięcia i chyba tylko widok Lacey mógł przykuć uwagę zgromadzonych. Na dodatek mniej więcej w połowie występu światła na Torwarze z niewiadomych jak do tej pory przyczyn zostały zapalone. Z zaprezentowanych piosenek najlepiej wypadły "So Sick", "Fully Alive" i zaserwowany na koniec cover Nine Inch Nails "Something I Can Never Have". Co ciekawe, wokalistka nawet nie pokusiła się o zapowiedź ostatniego kawałka jako coveru. Przykre.
Flyleaf zszedł ze sceny, a publiczności pozostało wypatrywanie gwiazdy wieczoru. Torwar zapełniał się coraz szybciej. Fani byli tak spragnieni Korna, że nawet wniesienie mikrofonu wokalisty zostało przywitane gromkimi brawami. Emocje sięgały zenitu. Wreszcie, wcześniej o kilka minut niż planowano na scenie pojawił się Korn w asyście kilku dodatkowych muzyków " z łapanki" Klimatyczne intro, a potem prawdziwa petarda. "Right Now" i cały Torwar oszalał. Nie było osoby, która by w tym momencie stała w miejscu. Koncert rozpoczął się na dobre. Amerykanie raczyli nas mieszanką starszych utworów, sprawdzonych hitów i kawałków z nowej płyty. Co ciekawe te ostatnie nie sprawdziły się najlepiej. Nawet świetnie wypadające na albumie "Starting Over" wypadło dosyć blado na tle reszty zestawu.
Wtrącę jeszcze słówko o scenie. Ciekawym urozmaiceniem okazały się lasery, które doskonale współgrały z muzyką dodatkowo potęgując klimat.
Najważniejszym elementem spektaklu okazała się jednak publiczność, która dawała z siebie wszystko, skandując, skacząc i śpiewając każdy wers razem z Jonathanem. Korn w zamian ufundował małą niespodziankę umieszczając fragment "We Will Rock You" w jeden z utworów, co spotkało się ze spazmatyczną reakcją ludzi.
Zaskakująco dobrze wypadły stare, wydawałoby się ograne numery. "Faget" zabrzmiał wprost kapitalnie, a niespodziewany przeze mnie "Ass Itch" pokazał że mimo upływu lat, Korn ma na koncie utwory, które bronią się na koncertach doskonale. W tym momencie jednak ewidentnie widoczny był fakt, że na występie Amerykanów znaleźli się ludzie słuchający ich dopiero od ostatniej płyty. "Ass Itch" czy też "Helmet In The Bush" sprawiły że część publiczności słuchała w zaciekawieniu, dyskretnie się gibając. Z ich twarzy można było natomiast wyczytać pytanie "co to za kawałek?"
Koncert nieuchronnie zmierzał ku końcowi, a więc przyszedł czas na punkt kulminacyjny. Gasną światła, Jonathan schodzi ze sceny, a my słyszymy pierwsze takty "Blind". Nagle z każdej strony słychać okrzyk "siadać". Polska publiczność nie chciała być gorsza od tej z ubiegłorocznego Rock Am Ring i jak jeden mąż przykucnęła, co domyślam się musiało kapitalnie wyglądać z sektora. Mocno zdziwiony wokalista Korna pojawia się na scenie. Po chwili słychać słowa "Are You Ready?!?!" i cały Torwar wyskakuje do góry. Niesamowita chwila, która z pewnością na długo pozostanie w mojej pamięci.
Na deser otrzymaliśmy "Somebody Someone" przy którym Polacy po raz kolejny pokazałi na co ich stać, rytmicznie wymachując rękoma. Jako ostatnie poleciało "Got The Life" jednak zdecydowana część ludzi wolnym krokiem udawała się już do wyjścia.Korn pożegnany burzą oklasków opuścił scenę Torwaru. Koncert legendy dobiegł końca. Początkowe wątpliwości okazały się bezpodstawne. Korn ma się dobrze, Korn jest w formie i potrafi zagrać wyśmienicie. Nawet z zastępczym perkusistą i gitarzystą. Każde pieniądze są warte tego, co przeżyłem w środę na Torwarze.
Setlista:
1.Intro
2.Right Now
3.Love Song
4.Adidas
5.Hold On
6.Starting Over
7.Falling Away From Me
8. Coming Undone
9.Here To Stay
10.Ever Be
11.Faget
12.Helmet In The Bush
13.Freak On A Leash
14.Bottled Up Inside
15.Kiss
16.Evolution
17.Ass Itch
18.Blind
19.Somebody Someone
20.Got The Life
Ps. Cały koncert dostępny do ściągnięcia na kornzone.pl
Podziękowania dla ludzi, którzy przyczynili się do jego powstania.
sobota, 16 lutego 2008
piątek, 1 lutego 2008
Mogwai - Young Team
Po krótkich problemach natury zdrowotnej witam z powrotem. Na dobry początek lutego postanowiłem przypomnieć o pewnej płycie,wydanej w 1997 roku nakładem Chemikal Underground. Same dziesiątki na portalach muzycznych, entuzjazm recenzentów, objawienie w muzyce rockowej. Mogwai i ich debiut "Young Team" miażdży tak samo dziś...jak 11 lat temu.
Ciężko jest pisać o albumie, który ma miano kultowego. Bowiem cokolwiek by się nie napisało i tak nie odda to choćby w najmniejszym stopniu piękna tutaj zawartego. Może jednak w tych kilku słowach przekonam paru niedowiarków że oto przed wami najdoskonalsze post-rockowe dzieło jakie ujrzało światło dzienne po dziś dzień.
Niestety, późniejsze albumy Mogwai nie powtórzyły sukcesu debiutu. Może jedynie Epka "My Father, My King" bijąca na głowę resztę dyskografii Szkotów delikatnie zbliża się do boskości pierwszego longplaya . Co ciekawe Epka zawiera jeden dwudziestominutowy fragment, skonstruowany w taki sposób, że prog-rockowe zespoły powinny wziąć kilka lekcji od Mogwai. Ale nie o "My Father, My King" tu mowa, a o jednym z najbardziej spektakularnych debiutów w historii rocka.
Album zawiera dziesięć kompozycji, które idealnie współgrają ze sobą tworząc jedną, logiczną całość. Przytłaczają surowym, garażowym klimatem i pokazują że umiejętne wykorzystanie metody głośno-cicho potrafi dać porażający, niespotykany nigdy wcześniej efekt.
Na takiej zasadzie w większości oparty jest debiut Mogwai. Paraliżujący jedenastominutowy "Like Herod" po prostu wbija w fotel. Podobnie ma się sytuacja z utworem otwierającym album "Yes! I Am A Long Way From Home" , który spokojnie rozwija się i narasta po czym w momencie kulminacyjnym atakuje ze zdwojoną siłą.
Na szczęście nie zabrakło też fragmentów spokojnych, rozmarzone "A Cheery Wave From Standed Youngsters" delikatnie przygotowuje nas na kompozycję numer 10. Pod tym numerem kryje się absolutny diament. Szesnastominutowy, monumentalny, epicki "Mogwai Fear Satan" To kompozycja, którą już w momencie wydania można było stawiać w równym rzędzie z najwybitniejszymi instrumentalnymi utworami w historii muzyki. Jeden taki fragment i Mogwai równie dobrze może zakończyć działalność, bo tutaj czuć coś więcej niż tylko umiejętności. To perfekcja między przechodzeniem od ciszy do hałasu, tego się nie nauczy, tego się nie wyćwiczy. "Mogwai Fear Satan" to jest po prostu arcydzieło.
Nic już więcej nie napiszę, bo nawet nie ma po co...kto będzie chciał ten posłucha, a ten kto nie chce, niech dalej żyje w nieświadomości że omija go najpiękniejsza rockowa uczta. Oto wielcy, smutni Szkoci nagrali album, który niszczył w 97, niszczy teraz i niszczyć będzie za 20,30 lat...
Wielka płyta!
Ciężko jest pisać o albumie, który ma miano kultowego. Bowiem cokolwiek by się nie napisało i tak nie odda to choćby w najmniejszym stopniu piękna tutaj zawartego. Może jednak w tych kilku słowach przekonam paru niedowiarków że oto przed wami najdoskonalsze post-rockowe dzieło jakie ujrzało światło dzienne po dziś dzień.
Niestety, późniejsze albumy Mogwai nie powtórzyły sukcesu debiutu. Może jedynie Epka "My Father, My King" bijąca na głowę resztę dyskografii Szkotów delikatnie zbliża się do boskości pierwszego longplaya . Co ciekawe Epka zawiera jeden dwudziestominutowy fragment, skonstruowany w taki sposób, że prog-rockowe zespoły powinny wziąć kilka lekcji od Mogwai. Ale nie o "My Father, My King" tu mowa, a o jednym z najbardziej spektakularnych debiutów w historii rocka.
Album zawiera dziesięć kompozycji, które idealnie współgrają ze sobą tworząc jedną, logiczną całość. Przytłaczają surowym, garażowym klimatem i pokazują że umiejętne wykorzystanie metody głośno-cicho potrafi dać porażający, niespotykany nigdy wcześniej efekt.
Na takiej zasadzie w większości oparty jest debiut Mogwai. Paraliżujący jedenastominutowy "Like Herod" po prostu wbija w fotel. Podobnie ma się sytuacja z utworem otwierającym album "Yes! I Am A Long Way From Home" , który spokojnie rozwija się i narasta po czym w momencie kulminacyjnym atakuje ze zdwojoną siłą.
Na szczęście nie zabrakło też fragmentów spokojnych, rozmarzone "A Cheery Wave From Standed Youngsters" delikatnie przygotowuje nas na kompozycję numer 10. Pod tym numerem kryje się absolutny diament. Szesnastominutowy, monumentalny, epicki "Mogwai Fear Satan" To kompozycja, którą już w momencie wydania można było stawiać w równym rzędzie z najwybitniejszymi instrumentalnymi utworami w historii muzyki. Jeden taki fragment i Mogwai równie dobrze może zakończyć działalność, bo tutaj czuć coś więcej niż tylko umiejętności. To perfekcja między przechodzeniem od ciszy do hałasu, tego się nie nauczy, tego się nie wyćwiczy. "Mogwai Fear Satan" to jest po prostu arcydzieło.
Nic już więcej nie napiszę, bo nawet nie ma po co...kto będzie chciał ten posłucha, a ten kto nie chce, niech dalej żyje w nieświadomości że omija go najpiękniejsza rockowa uczta. Oto wielcy, smutni Szkoci nagrali album, który niszczył w 97, niszczy teraz i niszczyć będzie za 20,30 lat...
Wielka płyta!
Subskrybuj:
Posty (Atom)