wtorek, 6 maja 2008

Lao Che - Gospel


Niełatwe zadanie stało przed Lao Che gdy przyszło nagrywać trzecią długogrającą płytę w karierze muzyków. Morze nagród, które spłynęło na zespół po wydaniu „Powstania Warszawskiego", ogromne oczekiwania na każdy kolejny ruch zdecydowanie nie ułatwiało sytuacji. Ale Lao Che to zespół niezwykły. Zespół, który potrafi zerwać z wcześniejszymi upodobaniami, schematami. Wreszcie, zespół potrafiący obrać zupełnie inną ścieżkę niż ta, zawarta na poprzednich albumach. I tak nie zważając na sugestie osób z zewnątrz grupa nagrywa płytę, która znacząco odbiega od poprzednich dokonań. Nie porusza bowiem tematów historycznych, nie zagłębia się w arcydzieła romantycznych i średniowiecznych twórców. Dotyka tematu, który jest znacznie bliżej typowego Kowalskiego. Relacja Bóg-Człowiek. Relacja o tyle prosta, co w swojej prostocie zawiła. Brzmi to dosyć nielogicznie, ale doskonale oddaje to, co zawarte jest na albumie.

Fuzja stylów, mnogość inspiracji, tysiące odniesień to dalej znak rozpoznawczy formacji. W poszczególnych utworach Hubert „Spięty„ Dobaczewski dokonuje rozrachunku z własnymi myślami: „Czarne Kowboje", przybliża historię Rajskiego Ogrodu: singlowy „Drogi Panie", a także opowiada biblijną przypowieść o Noe, widzianą oczyma człowieka naszych czasów: "Hydropiekłowstąpienie". Te trzy przywołane fragmenty to tak naprawdę mała część tego, czym raczy nas „Gospel". Pod względem lirycznym, ten album to prawdziwy majstersztyk, perełka o którą dzisiaj bardzo trudno, bo raczeni jesteśmy piosenkami o niczym, nie niosącymi żadnego przekazu. Tutaj nie ma mowy o tego typu zabiegach. Od początku do końca są to przemyślane tekstowe puzzle, które „Spięty" doskonale potrafi połączyć w jedną, spójną całość.

Było kilka słów o warstwie lirycznej, teraz przyszedł czas na to co najważniejsze, czyli muzykę.
„Gospel" to prawdziwa mieszanka tego co w głowach panów z Lao Che najlepsze. Nie należę do osób, które przystają na szufladkowanie muzyki jednak w tym wypadku określenie jej mianem crossover zdaje się być najbardziej trafne. Słychać tutaj wiele elementów muzyki słowiańskiej, inspiracje nurtem reggae, zauroczenie ska. To wszystko wzbogacone idealnie wpasowanymi przeszkadzajkami, których odkrywanie sprawi słuchaczom wiele radości. Gwarancja różnorodności jaką raczy nas ten album zapewni, że nawet po kilkunastu odsłuchach nie będzie mowy o jakimkolwiek znużeniu.

Lao Che dzięki nowej płycie przestaje być tylko ciekawym „zjawiskiem" na polskiej scenie rockowej, ale staje się pełnoprawnym pierwszoligowym zespołem. Morza nagród pewnie tym razem nie będzie, ale oczekiwania i ciekawość co przyniesie nowa płyta z pewnością nie zmaleje.

niedziela, 4 maja 2008

Jack Penate - Matinee


Są zespoły, artyści od których nie wymaga się wiele, ot proste piosenki do pośpiewania i poruszania nogami. Do właśnie takich w niedalekiej przyszłości należeć będzie Jack Penate. Jego najnowszy i zarazem pierwszy album spełnia w pełni powyższe kryterium. "Matinee" to zbiór kilkunastu prostych i w miarę chwytliwych numerów, których nucenie nie będzie wielkim problemem po jednym, całościowym przesłuchaniu.
Zacznijmy jednak od początku.


Jack Penate to urodzony w Londynie dwudziestoparo latek, który materiał na debiutancką płytę napisał samodzielnie. Traf chciał że przypadkowo napotkał na przedstawicieli wytwórni Sonic, którzy własnym sumptem wydali debiut Jacka. Swojsko brzmi...
W działaniach koncertowych grajka wspierają koledzy z Londynu: Joel Porter, Thomas Lightfoot oraz Alex Robins.


Gwiazda została przedstawiona, można zatem wrócić do meritum.


Penate w zadziwiająco łatwy i przyjemny sposób potrafi łączyć rock z elementami ska, ocierając się nawet o melodie popowe. Na płycie ma potencjalne hity jak i chwytające za serca ballady. Dodajmy że dysponuje wokalem, który nikomu nie wadzi. Wydał parę świetnych singli min: "Spit At Stars", "Have I Been A Fool?". Oto mamy gotowy przepis na alternatywna płytę roku na Wyspach.


No i tutaj zaczyna się problem. Bo niby jest miło i fajnie, ale jednak cholerstwo po kilkunastu podejściach nudzi potwornie, a Penate z przyjemniaczka staje się prześladowcą. Natomiast jego wokal drażni niemiłosiernie. W tym tkwi cały problem tego wydawnictwa. Bowiem "Matinee" jest albumem dobrym na kilka niezobowiązujących wieczorów.
Na dłuższą metę staje się mętny jak...hm...mętny jak króliczy mocz for example.
Konstrukcja utworów ta sama, a motywy i zagrywki gitarowe zadziwiająco wręcz do siebie podobne. Po kolejnych przesłuchaniach okazuje się zatem że najmocniejszym punktem albumu są ballady: "My Yvonne" i "When We Die", które z początku wydają się typowymi wypełniaczami.
Pokusiłbym się nawet o ocenę tej płyty, bo przychodzi to wyjątkowo łatwo. Typowy średniak z ambicjami. Ogromny potencjał i talent to pisania chwytliwych melodii, gdyby dołożyć do tego ambitniejszy tekst to może następna płyta będzie czymś wielkim, ale zaraz, zaraz. Co ja wspomniałem na początku? Ma być prosto i miło, a zatem niech Jacek gra sobie te swoje optymistyczne numery nad których głębią nikt nie musi się zastanawiać.