Fuzja stylów, mnogość inspiracji, tysiące odniesień to dalej znak rozpoznawczy formacji. W poszczególnych utworach Hubert „Spięty„ Dobaczewski dokonuje rozrachunku z własnymi myślami: „Czarne Kowboje", przybliża historię Rajskiego Ogrodu: singlowy „Drogi Panie", a także opowiada biblijną przypowieść o Noe, widzianą oczyma człowieka naszych czasów: "Hydropiekłowstąpienie". Te trzy przywołane fragmenty to tak naprawdę mała część tego, czym raczy nas „Gospel". Pod względem lirycznym, ten album to prawdziwy majstersztyk, perełka o którą dzisiaj bardzo trudno, bo raczeni jesteśmy piosenkami o niczym, nie niosącymi żadnego przekazu. Tutaj nie ma mowy o tego typu zabiegach. Od początku do końca są to przemyślane tekstowe puzzle, które „Spięty" doskonale potrafi połączyć w jedną, spójną całość.
Było kilka słów o warstwie lirycznej, teraz przyszedł czas na to co najważniejsze, czyli muzykę.
„Gospel" to prawdziwa mieszanka tego co w głowach panów z Lao Che najlepsze. Nie należę do osób, które przystają na szufladkowanie muzyki jednak w tym wypadku określenie jej mianem crossover zdaje się być najbardziej trafne. Słychać tutaj wiele elementów muzyki słowiańskiej, inspiracje nurtem reggae, zauroczenie ska. To wszystko wzbogacone idealnie wpasowanymi przeszkadzajkami, których odkrywanie sprawi słuchaczom wiele radości. Gwarancja różnorodności jaką raczy nas ten album zapewni, że nawet po kilkunastu odsłuchach nie będzie mowy o jakimkolwiek znużeniu.
Lao Che dzięki nowej płycie przestaje być tylko ciekawym „zjawiskiem" na polskiej scenie rockowej, ale staje się pełnoprawnym pierwszoligowym zespołem. Morza nagród pewnie tym razem nie będzie, ale oczekiwania i ciekawość co przyniesie nowa płyta z pewnością nie zmaleje.
